Spanish bullfighting – Andalusia

Magnetyczne widowisko, które ogląda się z zapartym tchem czy niesprawiedliwa walka człowieka z bykiem? O tym może zadecydować jedynie osoba, która widziała korridę. Postanowiłam podjąć to wyzwanie.

Zwiedzając Andaluzję, trafiłam na przewodniczkę, która sporo wiedziała o korridzie. Nie była, co prawda, jej zwolenniczką, ale opowiadała o walce w ciekawy sposób, racząc nas detalami i ciekawostkami jak dobrym winem. Bardzo dobrym, bo po pierwszym upojeniu, duża grupa osób, postanowiła zobaczyć występy toreadorów na własne oczy.

Hiszpanie uwielbiają korridę (hiszp. corrida). Co prawda, została ona zakazana w Katalonii, ale ma się znakomicie w pozostałych częściach kraju, szczególnie Andaluzji. Jest to rozrywka niezwykle popularna. Co roku ogląda ją ponad 40 milionów osób, w tym również dzieci (!). Osobiście widziałam rodziców, którzy zabierali ze sobą 4- czy 5-latki na arenę. Nic więc dziwnego, że tradycja ta przechodzi z pokolenia na pokolenie.

Co jest w niej tak przyciągającego? Korrida to bardziej spektakl niż chaotyczna walka człowieka z bykiem. Widowisko składa się z kilku z góry ustalonych części. Na początku na arenę (plaza de toros) wchodzą toreadorzy i matadorzy z asystentami, by przez kilka chwil paradować przed widownią. Wszyscy uczestnicy korridy kroczą dumnie przy dźwiękach paso doble. Orkiestra gra do momentu rozpoczęcia walki. Następnie następuje cisza, która przerywana jest okrzykami widowni i toreadorów (potocznie nazywani są tak wszyscy uczestnicy korridy).

Byka nie słychać, ponieważ przed wyjściem na arenę podcina mu się struny głosowe. Należy podkreślić, że zwierzę to ma niewielkie szanse na zwycięstwo, choć zdarza się, że gdy jest wybitnie dzielne i odważne, jury decyduje o przerwaniu starcia i jego ocaleniu. Zanim to jednak nastąpi, byk musi przetrwać trzy części korridy, tzw. tercios. Pierwsza z nich polega na rozjuszeniu byka, znaną wszystkim płachtą. Nie musi być ona, jak zapewne zakładacie, czerwona, ponieważ byk wcale nie reaguje na ten kolor, a jedynie na agresywny, szybki ruch materiałem (byki są daltonistami).

Swoją rolę w części pierwszej mają pikadorzy (picadores), którzy wjeżdżają na koniach (szczelnie otulonych pancerzem), by dźgnąć byka w kark piką. Następnie na arenę wchodzą banderilleros (rozpoczyna się druga część), którzy mają za zadanie wbić w zwierzę 6 kolorowych, zakończonych haczykiem włóczni. Ludzie ci, według mnie, mają najniebezpieczniejszą pracę, ponieważ stają oko w oko z bykiem i nie mają nic do obrony. Biegną na zwierzę od przodu, wbijają haczyki i odskakują w bok, by uciec jak najprędzej.

Gdy skończą, na arenę wchodzi matador (rozpoczyna się część trzecia korridy). Doświadczony, będzie potrafił doskonale kontrolować byka. Co ciekawe, nawet taki laik jak ja, potrafił rozpoznać, który z matadorów jest najlepszy. Chodzi o sposób prowadzenia zwierzęcia (walka przypomina wtedy bardziej taniec), ale również technikę jego uśmiercenia. Najlepsi matadorzy potrafią zabić byka jednym ciosem estoque (rodzaj szabli) w kark. Mogą otrzymać wtedy nagrodę w postaci ucha, uszu lub nawet ogona zwierzęcia. Zdarza się, że oddają swoje trofeum komuś z publiczności, rzucając je w tłum. Turystki, które machały do matadora energicznie, otrzymały taki niechciany prezent i gdy się zorientowały, co leży po ich nogami, odskoczyły od niego daleko, wzbudzając śmiech na arenie 😉

Hiszpanie za to chętnie łapią nagrody matadorów. Niektórzy ponoć kolekcjonują uszy po korridach, choć wydaje mi się to zwyczajem okropnym. Dowiedziałam się również, że mięso byków z areny jest bardzo wysoko cenione. Przewodniczka mówiła, że wyzwalająca się u byka, podczas walki, adrenalina sprawia, że jego mięso ma niepowtarzalny smak. Smak, który ma swoich wielbicieli i są oni w stanie dużo zapłacić za każdą część zwierzęcia jeszcze za jego życia.

Podsumowując, zwyczaj korridy, tak często krytykowany, nie u wszystkich wywołuje negatywne emocje. Dla Hiszpanów, ale również niektórych turystów, stanowi dużą atrakcję i  fascynujące przedstawienie. Trzeba pamiętać również o tym, że to tradycja kultywowana od setek lat. Należy przyjrzeć się jej z bliska, żeby móc samodzielnie ocenić, czy jest dobra czy zła. Ja nazwałbym tę walkę człowieka z bykiem niesprawiedliwym, ale magnetycznym widowiskiem. Z mojej wycieczki, połowa nie doczekała końca korridy, zaś reszta nie chciała opuszczać areny przed czasem. To pokazuje, że nie można jednoznacznie ocenić tego rytuału.

Więcej o korridzie na stronach: 

http://www.hiszpania-portal.pl/kultura/korrida-w-hiszpanii.html

http://podroze.gazeta.pl/podroze/1,114158,12462297,Madryt_corrida___kontrowersyjny_sport.html

  • pola

    Myślę, że Cirridę można określić jako “mieszane uczucia”, choć przyznaję – pewnie bym została do końca…

    • http://podrozeodkuchni.pl/ Marta

      Wiele osób z mojej grupy ją tak określiło, ale na pewno warto ją zobaczyć samemu i dopiero potem oceniać.

  • Twardy Szparag

    2 lata temu byłem w Andaluzji – Malaga, Gibraltar, Cadiz, Jerez de la Frontera, Arcos de la Frontera, El Puerto de Santa Maria oraz Cordoba, Granada, Baena i znów Malaga. Takie tam kółeczko.

    Obok areny w Sevilli znajduje się restauracja, w której jadłem duszony ogon byka z corridy. Mięso jest istotnie powalające, ale w dużej mierze, zależy to od gatunku bydła, które tam hodują. Swoją drogą kordobańskie przysmaki są zupełnie inne. Weźmy takie gazpacho – w Cordobie robią salmorejo cordobese, które jest zupą zrobioną z pomidorów, oliwy i chleba. Oczywiście z dodatkiem cebuli i czosnku. Chipsy bakłażanowe z melasą … długo by opowiadać.

  • http://podrozeodkuchni.pl/ Marta

    :) Ja byłam na podobnej wycieczce, a potem spędziłam jeszcze tydzień na południu Hiszpanii. Gazpacho próbowałam, ale jego kordobiańskiej odmiany, niestety, nie. Zawsze może być to pretekst do powrotu 😉

  • Marcin

    Nie rozumiem, jak mozna tak meczyc zwierzeta ??????
    Zabite zwierze dla jedzenia, ok … Ale zabijanie dla rozrywki to zwykle, nie powiem co…

  • https://kobiecaintuicja.wordpress.com/ Klaudia

    Byłam w Hiszpanii tyle razy, ale jeszcze nigdy nie widziałam corridy na żywo… Nie popieram tej “tradycji”, chociaż chcę zobaczyć na własne oczy o co chodzi tym Hiszpanom… Pozdrawiam