Transport w Berlinie

Ten artykuł został stworzony, żeby pomóc Wam poruszać się po stolicy Niemiec. Jedno jest pewnie, nikt z was nie powinien czuć się zagubiony po jego przeczytaniu :)

Po pierwsze, w Berlinie możecie poruszać się kilkoma środkami transportu: autobusami, tramwajami, szybką koleją miejską (S-bahn) i metrem (U-bahn). Oczywiście można również wsiąść w samochód z GPS-em, ale to łatwizna 😉

Na początku powinniście zaopatrzyć się w bilet. Możecie kupić go w kasach na większych stacjach przesiadkowych (obsługa powinna raczej mówić po angielsku) albo w  biletomatach, które ustawione są na wszystkich stacjach. Drugi sposób jest popularniejszy i bardzo prosty. Instrukcja obsługi automatu jest dostępna w kilku językach, w tym w polskim, angielskim i hiszpańskim. Należy zwrócić uwagę czy dany biletomat przyjmuje gotówkę, ponieważ w niektórych automatach możemy zapłacić tylko kartą.

Czas na wybór biletu. W Berlinie zniżki studenckie mają nieco inną formę niż w Polsce. Dostają oni bilety półroczne na transport w landzie, w którym studiują, w cenie opłaty za studia, co powoduje, że studenci z innych krajów (wyjątek – wymiany studenckie) nie mogą kupić biletów ze zniżką. Jedyna możliwość kupna tańszego biletu dotyczy dzieci do 14 roku życia. Pozostali muszą zakupić bilety normalne. 

Cena za jeden bilet normalny wynosi 2,40 EUR. Nie jest to, jak w Polsce, bilet jednorazowy. Możecie jeździć na nim 2h i się przesiadać, dodatkowo obowiązuje we wszystkich środkach transportu. Jeżeli jednak planujecie zwiedzać stolicę przez cały dzień, najbardziej opłaca się wam kupić bilet dzienny – 6,50 EUR, który jest ważny do 3.00 rano dnia następnego i upoważnia do korzystania z transportu bez ograniczeń.

Nie dajcie się nabrać na turystyczne karty (np. Berlin Welcome Card), które, co prawda, ważne są przez kilka dni i możecie dzięki nim skorzystać ze zniżek, ale po pierwsze wcale nie kosztują dużo taniej, a po drugie opłaca się je kupić dopiero, jeżeli wcześniej rozeznacie się, co chcecie zobaczyć i czy dają wam one zniżki akurat w tych miejscach.

Warto również wiedzieć, że w Berlinie obowiązują trzy strefy komunikacyjne – A, B i C. Dwie pierwsze obowiązują na terenie stolicy, a poza jej granicami rozciąga się ostatnia z nich. Jeżeli wybieracie się do Poczdamu, to musicie zakupić bilet trzystrefowy, najlepiej również dzienny (dopłata wynosi 0,50 EUR), ponieważ dzięki niemu możecie skorzystać z transportu w tym mieście.

Ciekawostka: Choć rozróżnia się S-bahn i U-bahn, nawet Niemcy nie widzą dużej różnicy w użytkowaniu obu linii. Jedna i druga kolejka mają stacje podziemne i nadziemne, i tworzą nierozłączny węzeł komunikacyjny. S-bahn ma tylko większy zasięg, ponieważ dojeżdża do stacji poza Berlinem.

Zapomniane państwo – Mołdawia

Ilu z Was było już w Mołdawii albo się do niej wybiera? Zapewne niewielu. Bo to biedne, małe państwo, pewnie bardzo niebezpieczne i brzydkie. Czy tak myślicie? Ja też tak uważałam, do dnia, kiedy stanęłam stopami na mołdawskiej ziemi i przekonałam się, że rządzą nami stereotypy. Bardzo krzywdzące stereotypy.

Nie będę koloryzować, że Mołdawia to cudowna kraina mlekiem i miodem płynąca, ale uważam, że jest to kraj ciekawy. Biedny, ale za to bardzo urokliwy. Po przekroczeniu granicy (pamiętajcie o paszporcie, bo wyjeżdżacie z terenu UE!), poczujecie, że wjeżdżacie do innego świata. Czuć tu nadal rosyjskie wpływy, pozostałość po Mołdawskiej Socjalistycznej Republice Radzieckiej, które konkurują z historyczną nostalgią do Rumunii (duża część społeczeństwa, jeszcze w latach 90., gdy decydowała o niepodległości kraju, opowiadała się za integracją z tym państwem).

Językiem tu obowiązującym jest mołdawski, który tak naprawdę nie różni się niczym od rumuńskiego. Większość Mołdawian mówi biegle również po rosyjsku. Religią dominującą jest prawosławie, popularne również w sąsiadujących krajach, a oficjalną walutą – lej mołdawski (który swoją nazwę wziął od leja rumuńskiego, używanego wcześniej na terenie Mołdawii). Myślę, że teraz dla wszystkich jest już jasne jak duży wpływ na każdy kraj ma jego historia. 

Przygotujcie się na drobiazgową kontrolę na granicy (mogą Was pytać o różne rzeczy, np. czy macie ze sobą broń albo kim są wasi znajomi), a z pewnością przeskanują wasze rzeczy osobiste, plecaki, torebki, itp. Potem możecie już śmiało zacząć swoją mołdawską przygodę.

Ciężko Wam będzie zaopatrzyć się w leje mołdawskie w innych krajach, bo nie jest to waluta popularna. Jeden lej dzieli się na 100 bani i na tym podobieństwo do lejów rumuńskich się kończy. W Mołdawii po transformacji panowała wysoka inflacja, czego skutkiem są wysokie nominały banknotów, np. 500 lub 1000 MDL. Dla porównania 1 RON (lej rumuński) jest warty w przeliczeniu na złotówki – ok. 90 groszy, a 1 MDL – 0,27 PLN (2012r.). Oznacza to, że za chleb w Rumunii zapłacimy 2 RON, a w Mołdawii ok. 7 MDL.

Ważna informacja na koniec! W Mołdawii prawie nikt nie rozmawia po angielsku, więc jeżeli nie znacie rumuńskiego lub rosyjskiego, powinniście pomyśleć o rozmówkach albo znajomych, którzy mogą wam pomóc na miejscu.

Gibraltar – dziecko Wielkiej Brytanii

Przejeżdżając lub przechodząc przez granicę Hiszpanii do kolonii brytyjskiej – Gibraltaru, możemy się poczuć jak dziecko, które przechodzi przez furtkę do zaczarowanego ogrodu. Metafora ta jest o tyle słuszna, że dostajemy się do zupełnie innego świata. Krainy brytyjskości, choć różniącej się nieco od Matki – Wielkiej Brytanii.

Językiem tu obowiązującym jest angielski, ale ze względu na dużą liczbę obcokrajowców, powszechne jest również użycie hiszpańskiego. Próby wprowadzenia ruchu lewostronnego skończyły się fiaskiem, ponieważ ilość wypadków przeraziła władze Gibraltaru. Strony mieszały się nie tylko turystom, ale również Brytyjczykom na stałe mieszkającym w Andaluzji i przyzwyczajonym do ruchu prawostronnego. Granicę można przejść trzymając w ręku dowód osobisty, a za zakupy zapłacić nie tylko funtami (brytyjskimi lub gibraltarskimi), ale również walutą Unii Europejskiej (euro) i dolarami.

Niezależnie od waluty, z którą przyjedziemy, warto jej mieć dużo przy sobie. Na Gibraltarze obowiązują typowo brytyjskie ceny….niestety, pomimo tego, że jest to strefa wolnocłowa, towary są tutaj bardzo drogie. Nie zraża to jednak turystów, którzy chętnie zaopatrują się w luksusowe towary na główniej ulicy miasta, nazwanej po prostu Main Street. Podróżujący równie chętnie fotografują się tu z ulicznymi kuglarzami, a także żywymi pomnikami (mimami), którzy są wszędzie. Zobaczyć tu można również typowo brytyjską atrakcję turystyczną – czerwone budki telefoniczne, które stoją czasem w bardzo nietypowych miejscach.

Czytaj także:

Gibraltar – kraina makaków